Od roku tak mam.

Milion pomysłów.
Pół miliona czasu.

Zero  chęci.

WordPress.

Nienawidzę wordpressa. Jego możliwości, dodawania funkcji.

Po części jest to wina tego, że zatrzymałem się na etapie HTML i nie sprawiało mi problemu zmienienie szablonu w tym języku. Tu nie potrafię. Nawet nie wiem, czy da się zaimportować szablon spoza proponowanych. Możliwe, że się da, ale ponieważ to jest wordpress nie potrafię tego zrobić. I tak, wiem, wordpress jest standardem, powinienem się go nauczyć. Jakoś jednak nie chcę.

Przywróćcie mi poprzednią wersję.

Konkurs

Dlaczego nie ma konkursu na najbardziej zaniedbanego bloga? Miałbym szanse go wygrać.

Popiepszone życie Tarquina T. Część 3

Forcid odezwał się do mnie w poniedziałek po południu. Dostałem na fellow zjebę.
Za to, że wyciągnąłem starszą osobę na kawę, że kazałem jej tam jechać, choć była na kacu, że musiała się fatygować do Szczyrku, że zangażowali osoby trzecie w podwożenie jej.
Że mam fanaberie, wkręcam wszystkich w swoje humory i zaistniałą sytuację, że nie mam kultury. Że chce mu się śmiać – a teraz już nie tylko jemu – z mojego podejścia, ambicji, wymagań i mojego ego. Że jestem wykształconym prostakiem. Że nie mam za grosz poszanowania nikogo i patrzę tylko na własne humory, na to, by żonglować na piedestale i mieć resztę u swoich stóp. Że mam się za gwiazdę, mam kaprysy (bo kazałem się odwieźć na pekaes) i można tylko ubolewać nad moim charakterem i chamstwem.
Że generalnie żal.
Odpisałem, że nikogo do niczego nie zmuszałem, tylko zapytałem, czy ma ochotę. Że czekałem do 14 by się odezwał. a gdy tego nie zrobił pomyślałem, że uważa że jest zupełnie ok, a ja się czepiam i jak mi się coś nie podoba to mogę się obrażać i sobie jechać. I że o podwiezienie na pekaes poprosiłem. Że żałuję, że zgodziłem się na powrót. Liczyłem, że się odezwie i sprawa wyjaśni sie na miejscu. Nie stało się tak, a ja nie wytrzymałem nadmiaru emocji. I że on nie zdaje sobie sprawy jak przeżyłem to, co powiedział i jak się wobec mnie zachował w nocy. Że zdaję sobie sprawę z tego jak to wyglądało. Że on zachował się jak egoista po pijaku. Ja zachowałem się tak w sytuacji – dla mnie – bardzo stresującej. Nie miałem żadnych ambicji i wymagań, po prostu chciałem stamtąd uciec. A powiedzenie, że nie liczę się z innymi i chcę mieć innych u swoich stóp to chyba ostatnie, o co można mnie posądzić.
Dwie godziny później zauważyłem, że skasował mnie z ulubionych na fellow. Decyzja co do sensu kontynuowania tej znajomości została już chyba podjęta i to nie przeze mnie.
Szkoda, że ta cała opinia jest wzięta z mojego zewnętrznego zachowania. Że nikt nie może poczuć tego co czułem w niedzielę. Że mogą mnie ocenić tylko po tym, jak się zachowałem. I to nie wiedząc co było tego zachowania przyczyną.
A ja im tego nie powiem. Jestem dla nich w sumie obcą osobą, a Forcida znają i lubią. Jeśli im powiem, to albo i tak nie zrozumieją, albo pogorszę stosunki między Forcidem a nimi.
Chyba lepiej, żebym to ja wyszedł na przewrażliwionego histeryka…

Popiepszone życie Tarquina T. Część 2

W ostatni weekend postanowiłem wpaść do Forcida i Kodaka, bo dawno się z nimi nie widziałem, a przy okazji spotkać sie z Ozyrynio.
W Bielsku byłem o 12, posiedziałem przy lodach z Ozyrynio i zadzwoniłem do Forcida za ile będą w domu. Okazało się, ze Kodak już jest, więc mogę podjechać, Forcid. będzie za półtorej godziny. Czekając na Forcida Kodak poczęstował mnie ciastem, które upiekł ich znajomy – chłopak wynajmujący u nich na dole pokój (ksywa blogowa Ciastek). Forcid przyjechał, pogadaliśmy chwilę, Kodak zrobił mi drinka. Powiedział, że musi iść do sąsiadów na ognisko, bo przyjechali do nich ich wspólni znajomi ze Śląska, ale wróci za 2 godziny. Po półtorej godziny zadzwonił, czy nie mam ochoty na drugiego drinka. Jeśli tak, to żebym poprosił Ciaska, to mnie zaprowadzi.
Sąsiedzi to było małżeństwo i mama, a ślązacy to kuzynka tego faceta z mężem. Fajnie się gadało, żartowało i piło. Fajnie gadało mi się z tą panią. Okazało się, że też jest z Częstochowy. Powiedeziała, że mam jej mówić po imieniu i że Forcid jest jej najlepszym kumplem. W czasie rozmowy Forcid powiedział jak ma na imię mój brat. A mój brat na dość rzadkie imię. Kątem oka zauważyłem jak pani poważnieje, po czym zaczyna się śmiać i mówi:
- To my jesteśmy rodziną!
Wszyscy myśleli, że się wygłupia. Ja wiedziałem od babci, że w miejscowości, w której mieszka Forcid jest jakaś moja daleka ciocia, ale… niemożliwe. Jednak po tym, jak powiedziała imię i nazwisko mojej babci i mamy nie pozostawiła żadnych wątpliwości. Coś jej świtało po tym jak o sobie odpowiedziałem, ale stwierdziła, że to niemożliwe. Uśmialiśmy się strasznie. Góra z górą się nie zejdzie…
Po pierwszej impreza sieskończyła. Wracając do domu zapytałem Forcida jak mu się układa z Kodakiem. Powiedział, że nie łączy ich nic poza tym, że razem mieszkają. Zapytałem kim jest Ciastek. Z tego co zrozumiałem, to znajomym Kodaka. Weszliśmy na górę, zdjął buty, rozpiąłem mu koszulę. Powiedział, że idziemy na dół. Zapytałem po co, Powiedział, że zobaczę. Wiedziałem, że na dole mieszka jego tata i Ciastek, ale może tam jest jeszcze jakiś pokój a on nie chce być ze mną obok Kodaka. Otworzył drwi, zapalił światło. Okazało się, że jesteśmy  w pokoju… Ciastka. Powiedział, żebym się rozebrał. Obudził Ciastka – chciałbym powiedzieć pocałowaniem go. Ale nie pocałował go – na określenie tego co zrobił widziałem kiedyś w internecie określenie „przelizał się z nim litrem śliny”. Potem chciał pocałować mnie. Zapytał mnie o żel, odparłem, że przy sobie to go przecież nie mam . zapytał o żel Ciastka. Ten wyciągnął go z szafki i wyszedł. Powiedziałem, że mi się to nie podoba i Ciastkowi chyba też. Spojrzał na mnie, i powiedziałeś że „jak Ci się to nie podoba, to możesz sobie iść na górę.” Ubrałem się i wyszedłem, minąłem się z Ciastkiem który wychodził z łazienki.
Zaczęło mi łomotać serce, byłem w takim szoku, że nie byłem w stanie nawet płakać, choć to miałem największą ochotę zrobić. Nie spałem całą noc (pewnie adrenalina) – co spojrzałem na zegarek to okazywało się, że minęło 15 – 20 minut. Połowa mnie miała ochotę dojść do wniosku, że jestem dla niego tylko jedną z osób z którymi sypia, że nasza relacja sprowadza się dla niego do seksu, zwalić wszystko na alkohol i przejść nad tym do porządku dziennego. Druga połowa miała ochotę nazwać go skurwysynem i walnąć w twarz za to, że potraktował mnie przedmiotowo, że bez mojej wiedzy i zgody chciał użyć mnie do zaspokojenia jakiejś swojej fantazji. Miałem wrażenie, że liczył na to, że jak podczas naszego pierwszego spotkania poszedłem z nim do łóżka po pijanemu, to teraz łatwo zgodzę się na trójkąt.
O 6 rano nie wytrzymałem. Bałem się, że jestem bliższy drugiej opcji i poszedłem na nogach do Szczyrku. O 10 zadzwoniłem do nowo poznanej cioci. Chciałem się z nią spotkać, bo jest moją rodziną, nie znam jej i nie wiedziałem kiedy znowu będę miał okazję się z nią zobaczyć. Zapytałem, czy nie miała by ochoty napić się ze mną kawy. Powiedziła, że bardzo chętnie. Rodzina nie pozwoliła jej jednak jechać samochodem po wczorajszej nocy, powiedziała, że się spóźni, bo ktoś ją podwiezie. Okazało się potem, że byl to Kodak. Gdy rozmawialiśmy dostałem od Forcida esemesa „Co jest? Gdzie Ty!”. Odpisałem, czy nie pamięta jak się wczoraj zachował. Nie odpisał. Pogadaliśmy z ciocią o rodzinie i gdy zauważyła moją torbę zapytała, czy już wracam. Odparłem, że miałem wrócić w poniedziałek rano, ale po tym, jak potraktował mnie Forcid wracam do domu. Odparła, że skoro miałem wracać w poniedziałek, to żebym spał u nich. O 13 wysłałem do Forcida esemesa „Ciekawi mnie, czy nie pamiętasz, czy pamiętasz i uważasz, że zachowałeś się w porządku?”. Nie odpisał. Okazało się jeszcze, że ktoś ma do nich dojechać, a ślązazy biorą wolne i zostaja jeden dzień dłużej. Wystraszyłem się, że będę robił problem. Do tego doszło to, że Forcid nie odpisywał. Pomyślałem, że uważa że jest zupełnie ok, a ja się czepiam i jak mi się coś nie podoba to mogę się obrażać i sobie jechać. Siedziałem smutny na tarasie, oni próbowali do mnie parę razy zagadać, ale po moich zdawkowych odpowiedziach dali sobie spokój. Nie miałem ochoty niczego się napić, nie miałem ochoty żartować, miałem ochotę się rozpłakać. O 14 nie wytrzymałem i poprosiłem o zawiezienie na PKS – Forcid się nie odezwał a ja miałem wrażenie, że zaraz się rozpłaczę. 
Po powrocie do Krakowa pierwsze co zrobiłem wchodząc do mieszkania to własnie rozpłakałem się. Odczytałem na fellow list od Forcida, który wysłał go, gdy ja już byłem w pekaesie. Napisał, że nie pamięta wszystkiego, co się działo, ale wydaje mu się, że nie powiedział nic takiego, za co mógłbym się aż tak obrazić. Ze położył się obok Ciastka i usnął. Że nie zachował się aż tak strasznie, bym ja się obraził. Że nie jestem „jakimś tam znajomym z portalu” i że łączy nas „jakaś tam więź”. Że mam napisać o co mi chodzi, że przeprasza (ale nie napisał za co) i że szkoda, że tak zdecydowałem z wyjazdem.
Napisałem mu co zrobił, co mi powiedział i jak ja się poczułem. Dodałem, że do orgazmu wystarczy mi ręka, na seks mogę umówić się w Krakowie, do Szczyrku mogę pojechać do rodziny. Że przyjżdżam do niego, bo go lubię, bo mogę się do niego przytulić, bo mogę przez chwilę sobie wyobrazić, że w moim życiu poza pracą i fejsbukiem jest coś jeszcze. Jakaś namiastka faceta. On. A on po tym, jak nie chciałem brać udział w trójkącie wybrał faceta, którego ma na codzień, choć ze mną nie widział się kilka miesięcy. Że nie mam pretensji o to, że sypia z innymi facetami, nie moja sprawa, ale zawsze chciałem, że jak do niego przyjeżdżam to jest przez te parę godzin „tylko mój”. I że jeśli uważa, że z jego strony jest wszystko ok a ja histeryzuję – dobrze dla niego, bo łatwiej będzie mu żyć bez poczucia winy. Bo moim zdaniem spierdolił fajną znajomość. A ja już jakiś nauczyłem się słuchać i obserwować pijanych ludzi. To, że nie mają hamulców sprawia, że mówią to co myślą i robią to, na co naprawdę mają ochotę…
Odpisał, że nie chciał, żeby tak wyszło, że zbyt szybko oceniłem jego osobę. Że mogłem zostać, próbować powiedzieć „daj spokój”, zabrać go na górę. Że on nie kasuje mojego kontaktu i jak będę miał ochotę coś napisać, to mogę. 
Odpisałem, że go wcale nie oceniam. Że piszę jakie są moje odczucia. Jak ja odebrałem to, co zrobił. I to ja muszę żyć dalej ze świadomością, że dla kogoś seks był ważniejszy od znajomości ze mną. Że nie byłem w stanie nic próbować i mówić. Przeraziłem się tym, że chce mnie w głupi sposób wplątać w trójkąt. Ze ja teraz nie wiem na czym stoję, nie wiem jak on widzi naszą znajomość. Kim ja dla niego jestem. Że zarówno jego tekst wczoraj jak i to co teraz pisze jest w tonie „a jak Ci się nie podoba to spadaj”. Nie podoba mi się, ale chcę o tym porozmawiać. A on chce mnie spławić, zwalić to na mnie. 
Napisał, że nie chce mnie spławić, że inaczej by nie pisał, że też chce to wyjaśnić. Że nie wie po co mnie zabrał do Ciastka, że tak wyszło. Że mogłem próbować jakoś na to zareagować, zabrać go stamtąd, ale przyznaje się do tego, że zawalił, że mam się nim nie przejmować, że nie chciał względem mnie niczego. I że jeśli nie będzie miał ochoty na kontakt ze mną, to on zrozumie. Że mam być uśmiechnięty i jeśli lepsze dla mnie będzie zakończenie tej znajomości, to mam to zrobić i sie nim nie przejmować.
A ja jak zobaczyłem jak się całuje z ciastkiemto byłem w takim szoku, że nie byłem w stanie nic zrobić. Ostatnia rzecz, jakiej bym się po nim Nim spodziewał. Poczułem się poniżony i chciałem stamtąd wyjść. Szkoda, że jego nie tknęło, że postąpił źle i nie poszedł za mną.
Napisałem mu, że nie potrafił bym go przekreślić. Za bardzo go lubię. Za bardzo mi się podoba.
I że następnym razem jak będę to nie pije grama wódki, bo jest po niej głupi.
Odpisal esemesem, że ok i że dziękuje.
Ozyrynio zapytała, czy ja mam jakies masochistyczne skłonności do znajdowania sobie facetów, którzy mnie ranią. Nie mam – samo tak wychodzi. Ona zakończyła by tą znajomość. Ja uważam, że jesli ktos coś zapsuje, to należy dać mu jeszcze szansę.

Popiepszone życie Tarquina T. Część 1

Gdy jesienią byłem u Forcida i Kodaka, Kodak pokazywał mi jakiegoś chłopaka, którego poznał przez jakiś miedzynarodowy portal gejowski. Tamten pisał, że się w nim zakochał, ale Kodak powiedział, że to miłe, ale nie ma sesu, bo on mieszka gdzieś na końcu świata. 
W lutym zapytałem, czy mogę wpaść. Okazało się, że Kodak znalazł sobie młodszego i ich związek sie posypał. Że musi pobyć troche sam by nie zadręczać innych swoim nastawieniem do życia. Że powoli wraca do siebie i jak ochłonie i poukłada sobie wszystko wewnętrznie to odezwie się za jakiś czas. 
A mi pierwsze co przyszło do głowy, to to, że bardzo dobrze, że tak się stało. Że ja chcę pojechać do Forcida i… i nie wiem co. Spróbować być dla niego kims więcej niż znajomym? Spróbować po prostu być z nim? Sprobować jak to by było, gdyby był moim… facetem?
Napisalem do J-on’a i zapytałem, co o tym myśli. Odparł rzeczowo – jeśli on tworzył tyle lat otwarty związek, to ze mną w monogamii długo nie wytrzyma. Moze na początku, a potem będzie chciał wrocić do sypiania z innymi a ja się na to nie zgodzę. Nawet tak na początku będzie dobrze, to potem mnie zrani. Jak mi się podoba to mam wpaśc do niego czasem na seks, ale nie próbować budować z nim niczego więcej, bo wiem dobrze, że nie ma to sensu.
Gdy miałem później okazję porozmawiać z nim to okazało się, że Kodak postanowił pojechać do tego chłopaka, o którym pisałem na początku…
Pod koniec miesiąca, gdy miałem wolny weekend napisał mi, że da mi jeszcze znać – być może na ostatnią chwilę, bo Kodak ma wpaść po swoje rzeczy, ale zadzwoniła do niego jego siostra, żeby z nim pogadał, bo jednak nie wyjeżdża. Że to było zauroczenie. Okazało się, że się dogadali, że Kodak zostaje, w związku z czym ja nie pryjeżdżam, żeby im się to lepiej poukładało. Wojtek powiedział, że zobacz jak bedzie – pomieszkają i sie zobaczy czy zaistniała sytuacja bedzie im przeszkadzała.

Duże możliwości niosą ze sobą ryzyko dużych rozczarowań.

Tak, wiem, mam myśleć pozytywnie. 2010 się skończył stosunkowo fajnie, naprostowało mi się parę spraw, ale też rozpoczęło kilka nowych (nie, nie mam faceta). Zobaczymy jak się potoczą. Podobno ten rok ma być rokiem dużych zmian. U mnie też. Jak w temacie – jak wszystko pójdzie dobrze, to będzie pasmo sukcesów. Jak nie, to pasmo rozczarowań, co nie było by wskazane, bo w połączeniu ze skończeniem trzydziestki (a niech ktoś wpadnie na durny pomysł złożenia mi w tym roku życzeń) i związanymi z tym przemyśleniami może być katastrofalne.

Zmiana pierwsza szykuje się na ten/następny tydzień i jest związana z rozmową z szefem o podwyżkę. Jak powtórzy argument z września, to nie ma czego w tej pracy szukać.
Obietnic na ten rok żadnych nie mam, i tak na żadna siłownię czy inny basen chodził regularnie nie będę. Po co mam się denerwować.

Doktorat, struktura i koraliki.

Poprzednia notka była krótka, pisana pod wpływem emocji i chyba po alkoholu. I była – cokolwiek to oznacza – czerstwa.
Ostatnio parę osób pyta się mnie co z moim doktoratem. Zrezygnowałem. Znaczy nie da się tego zawiesić i mogę teoretycznie jeszcze wrócić, ale póki co się to nie stanie. Powodów jest kilka:
- zapytałem się, czy mam szanse zostać na uczelni. Okazało się, że:
* jeśli mają wolny etat
* i mają na niego pieniądze to
* czasami
* proponują najlepszym
Aż cztery warunki do spełnienia by zostać. Zapytałem ile się zarabia po doktoracie – 1500 jako adiunkt. Ja teraz już zarabiam więcej. Jaki jest sens użerania się jeszcze trzy lata by móc zarabiać mniej?
- ma wejść ustawa, że pracownik naukowy może mieć maksymalnie półtora etatu i zarabiać minimalną krajową, a utrzymywać sie z grantów. A grant może nie być przyznany (koleżanka dostała ostatnio po 3 latach starań);
- nie miałem czasu ani na ten doktorat, ani dla siebie, ani na nadgodziny. Kasa starczała mi „na styk”, byłem zmęczony i niewyspany. Nie pociągnął bym tak jeszcze trzy lata;
- moja promotorka, któa tak ogólnie to jest bardzo sympatyczna, nie miała dla mnie czasu. Musiała przygotować sprawozdanie, konferencję, granty, milion innych rzeczy. „Proszę iść do pani A. i zapytać co ma pan robić”. A techniczne kazały mi myć szkło…;
- to nie jest żaden prestiż. Żeby robić doktorat trzeba tylko znaleźć sobie promotora. Potem trzeba sobie wymyślić temat pracy. I tu mnie zszokowało na sprawozdaniach. Zdarzało się liczenie jakiś milimetrowych ślimaków na łące, albo sprawdzanie, czy niedzwiedzie korują drzewa ze stokiem, pod stok czy z boku stoku. Wychodzi na to, że można badać totalną bzdurę, opisać to na 200 stronach, opowiedzieć komisji i – wakuola – mamy „dr” przed nazwiskiem;
- poznałem ludzi, którzy po roku, dwóch trzech zarabiają 5 – 30 tysięcy (tak, w tym strasznym marketingu wielopoziomowym). Jeśli ktoś mi mówi, że po trzech latach robienia czegoś pod jego kierunkiem mogę zarabiać 1500, a ktoś inny, że pod jego 15000, to jestem skłonny dać szansę temu drugiemu.
O Betterware nie będę pisał. Już mam świadomość tego, że jestem „tym facetem od Betterweare” i „na pewno będzie chciał nam coś sprzedać, schowajmy się pod stół, może nas nie zauważy”. Przekonywanie kogoś na siłę do MLMu już mi przeszło – jeśli czyimś marzeniem jest etat za 1500 (ze świadomością otrzymywania takiej pensji do końca życia), to ja nie będę ingerował w jego dążenia do ich spełnienia. Moim marzeniem jest na dzień dzisiejszy własne mieszkanie, na które przy obecnej pensji nie jestem sobie w stanie pozwolić. Za to poznałem ludzi, którzy kupili sobie mieszkanie za pieniądze zarobione po 5 latach w firmach marketingu wielopoziomowego. Za gotówkę.
A co do głupiej argumentacji tego, że nikt nie da się zaprosić na szkolenie, bo „jak to jest Betterware to się nie dziw”, to będę się dziwił. Bo gdyby ktoś mnie poprosił, żebym poszedł na bardzo długie i nudne spotkanie, bo mu zależy, to bym poszedł. No ale cóż, altruizm w dzisiejszych czasach zakrawa na patologię.
I od razu wyjaśniam – nie, nie jest to Betterware.
Z innej beczki.
Kilka miesięcy temu zauważyłem w empiku półfabrykaty do biżuterii. Oglądałem je parę razy, ale nie potrafiłem odgadnąć zastosowania większość będących tam rzeczy. W maju na miśkowym spotkaniu jeden facet miał bransoletkę w misiowych kolorach. W Polsce takie gadżety są nie do kupienia, tknęło mnie jednak, że może by się udało coś takiego zrobić samemu. Poszukałem w internecie stron odnośnie wykonywania biżuterii, przeszuakłem sklepu internetowe z półfabrykatami, zgromadziłem odpowiednie kolory koralików i… mam nowe hobby. Na Gay Pride 2010 miałem co prawda tylko koraliki nawelczone na gumkę, ale teraz potrafię zrobić bardziej skomplikowane wzory :)
Boję się tylko, że skończy się tym, że będę „tym facetem od bransoletek” i „na pewno będzie chciał nam coś sprzedać, schowajmy się pod stół, może nas nie zauważy”.

Pójdę do piekła za dolanie Mioduli do Coca-Coli.

Jeśli wszyscy wokół mówią mi, że jestem:

- miły
- sympatyczny
- przystojny
- zabawny
- inteligentny
to co jest ze mną do cholery nie tak, że od trzech lat nie mogę sobie nikogo znaleźć? Kłamią mnie?? Śmierdzę???
I dlaczego wszyscy mówią, że mnie lubią, że wierzą we mnie, uważają, że ja na pewno w życiu coś osiągnę, ale gdy powiem, że mi bardzo zależy i poproszę, żeby znaleźli 3 godziny i coś dla mnie w tym czasie zrobili, to okazuje się, że oni czasu nie mają, są zmęczeni, albo „oj Tarquinku”?

Tak, wiem, nie piszę.

Ale po prostu nie mam o czym. Nadal doktorat na spółkę z pracą. W dodatku dochodzi coś, co już wcześniej pisałem odnośnie sensu posiadania bloga: „ale weź tego nie pisz, bo ona to też czyta, a ja nie chcę, żeby ona wiedziała, że ja to powiedziałam/zrobiłam/tak uważam”. No i pomimo tego, że była by fajna notka, tudzież jakiś „njuz” to obiecałem, że nie napiszę.

Mam dość robienia doktoratu. Do pracy muszę, ale doktorat mi nic nie da. Ciężko mi się go robi, mam mało czasu na niego, a przez niego zero czasu dla siebie.
Co do mojego MLMu – dla wszystkich sceptyków informacja, że mam na nim około 450 zł miesięcznie. Za kwiecień mam poziom 9% i 157 zł dochodu z samego obrotu grupy.
Majowy weekend spędziłem w Poznaniu. Od piątku do poniedziałku rano. Plan na weekend był prosty:
1. Dobrze się bawić.
2. Wygrać konkurs na najfajniejszego pluszowego misia.
3. Nie puścić się.
Punkt pierwszy wyszedł aż za dobrze. W ferworze zabawy dałem się wciągnąć na scenę Drag Queen. Nabawiłem się dzięki niej fobii do tej formy twórczości, bo ściągnęła mi podkoszulkę, spodnie i…. nieważne :) To trzeba było zobaczyć, bo nie da się tego opisać :) Punkt drugi się udał dzięki temu, że pluszaka mam naprawdę fajnego, a w dodatku zrobiłem mu ze skóry uprząż na klatę i opaski na ramiona. A punkt trzeci poszedł najłatwiej. Zdecydowana większość towarzystwa to było tak zwane B4B czyli Bears for Bears – miśki lubiące miśków. Nie wzbudzałem w nikim pożądania, co w sumie było mi na rękę.
Dziś jeszcze wolne na oswojenie się z rzeczywistością. Łikend był naprawdę super, chętnie bym przewinął życie do piątku wieczorem. No ale cóż. Najbliższe wspólne spotkanie planowane jest na początek czerwca – mam nadzieję, że uda mi się pojechać.
Od jutra powracam do monotonnego życia praca-uczelnia-praca-uczelnia-praca…